joapac81 | e-blogi.pl
Blog joapac81
Fragment opowiadania "Kochane Szaleństwo" 2017-10-11

Cześć, nazywam się Janek Leśmian. Chcesz ze mną zagrać? Mogę zagrać z tobą? Zobaczymy, co nam z tego wyjdzie.


Tak naprawdę nie nazywam się Leśmian i nie mam nic wspólnego z tym słynnym Leśmianem. Sam sobie wymyśliłem takie nazwisko. Lubię po prostu jego wiersze i spojrzenie na świat: „trawa… a za trawą – wszechświat”.1 Tworzy z jego niedopałków i zwykłych rzeczy coś całkiem nowego – całkiem nowy świat, wszechświat, kosmos. Przez chwilę myślałem, żeby nazwać się Tuwim, ale ten nie jest mi tak bliski, jak Leśmian. Tuwim zwraca uwagę na to, co jest w nim samym, a Leśmian obserwuje świat. I dlatego – Leśmian.


I to właśnie to obserwowanie od niego wziąłem i postanowiłem naśladować. Chcę obserwować; wstrzelić się w człowieka obok mnie. Chcę myśleć i czuć jak on, chcę żyć jego światem, jego kosmosem i wszechświatem – dlatego właśnie Leśmian.


Dlatego właśnie podróżuję. Dlatego poznaję ludzi, a nie miejsca. Nie ważne, gdzie jestem, mogę być gdziekolwiek, gdzie bądź. Każdy człowiek to osobna książka, a ja chcę poznać ich jak najwięcej. Chcę poznać je wszystkie.


Zawsze jestem cały tylko z plecakiem na grzbiecie albo z drugim człowiekiem. Jest mnie pół, kiedy jestem całkowicie sam, a zero, kiedy się wstydzę, kiedy chcę się zapaść pod ziemię i czuję porażkę. Porażką jest dla mnie niepoznanie niczego, niedowiedzenie się czegoś konkretnego o danej osobie, bądź sytuacją, w której zdaję sobie sprawę, że fałszywie oceniłem zamiary drugiego człowieka, myśląc, że jest w nim skrywany przed wszystkimi sekret, sekretny świat, a tak naprawdę nie ma w nim nic oprócz zewnętrznej powłoki, ale czasami też jest na odwrót.


***


Nie wiem, skąd się wziąłem – znaleziono mnie w koszyku na bieliznę pod drzwiami domu dziecka. Matki nigdy nie znaleziono; w żadnym z mieszkań miasta ani w żadnym szpitalu, żadna kobieta się do mnie nie przyznała. A może jej nigdy nie szukali? W każdym razie nigdy jej ani ojca nie poznałem.


Moje całe dzieciństwo składało się więc z poznawania domu, miasta, które być może nawet nigdy nie było moje; jego okolic oraz okolicznych mieszkańców i tajemnic tego miejsca. Nie wiem, dlaczego akurat to zapamiętałem, ale do dziś pamiętam ciemne żółte światła i chropowate ściany naszego pokoju. Odłaziła z nich farba w kolorze jasnego groszku, zamiast zielonej trawy. To akurat moje pierwsze wspomnienie, odkąd sięgam pamięcią.


Następne, to moja opiekunka, mama Magda. Od kiedy tylko pamiętam, wołała na mnie Janek; może tak sobie wymyśliła sama, ale mi się spodobało. Była dla mnie bardzo dobra. Opiekowała się mną; zresztą nie tylko mną jak własnym synem do końca mojego pobytu w domu dziecka. Była dla mnie i moich kumpli jak prawdziwa matka, chociaż sama nie miała własnych dzieci. Była niska i pulchna, miała czarne, lekko kręcone włosy upięte w duży, luźny kok na czubku głowy i nosiła czarne sukienki.


Nie pamiętam żadnych przyjaciół z domu dziecka; nie kolegowałem się z nikim. Wszyscy, których pamiętam, byli znacznie starsi ode mnie, podczas gdy ja byłem niemowlęciem. Nikt z nich o mnie nie dbał, chociaż mama Magda starała się, byśmy się wszyscy wychowywali nawzajem. Ja jednak zawsze byłem sam.


Kiedy tylko trochę podrosłem, wiedziałem, że zawsze będą pociągały mnie noc i mrok. Od małego wymykałem się nocą z naszego domu do miasta. Ona o tym wiedziała, ale nigdy nie powiedziała o tym nikomu i nigdy nie wydała mnie kierowniczce. A ja wymykałem się, by popatrzeć na nocne życie mojego miasta. Obserwowałem jego mieszkańców i wszystko, co robili. Nie interesowały mnie miejsca ani budynki; chciałem widzieć ludzi, a ona jakoś o tym widziała i dlatego pozwalała mi na to.


To właśnie podczas tych eskapad odkryłem, że właśnie to chcę robić w życiu: obserwować. Od samego początku cicho obserwowałem wszystko wokół siebie: nasz szary, obdrapany, ale czysty i porządny dom poza miastem, wąską szosę, prowadzącą do niego pod górę, piękne miniaturowe pałace bogaczy na obrzeżach miasta, kolorowe i piękne, ale odizolowane od ludzkiego oka i świata ogrody, wysokie płoty i ujadające psy.


Dalej osiedla domków jednorodzinnych, równie puste i pozamykane przed ludźmi jak domki bogaczy oraz maleńkie sklepiki między nimi. Te osiedla były granicą między naszym układem a układem miasta. Tu była granica pomiędzy cywilizacją rodem z centrum miasta, na co dzień tętniącym swoim szumnym życiem, a naszym, ospałym domem z jego bijącym powoli, jednostajnym rytmem.


Uwielbiałem miasto, nawet jeżeli trzeba było do niego daleko chodzić. Ono było moim źródłem energii, a biblioteka była świątynią ciszy, medytacji i wiedzy. W mieście było tyle różnych spraw, samochodów, ruchu, że jako małemu chłopcu, trudno mi było to wszystko ogarnąć: wielkie, monumentalne, jak mi się wtedy wydawało, kamienice pełne regularnych zawijasów, upierzeń, uliścień i upiększeń upstrzonych warstwami miejskiego kurzu, brudu i spalin, samochody różnego rodzaju i umaszczenia, błądzące pośród labiryntu miejskich ulic, alej, zaułków i placów.


Jakiś facet w wełnianym garniturze koloru melanżu, przechodzący tuż obok mnie szybkim krokiem, lekko zgarbiony, z kapeluszem typu fedora dopasowanym do garnituru, niesionym w prawej ręce, okrytej rękawiczką z czarnej skóry. Ten facet patrzył na mnie…nie, nie patrzył na mnie…do dziś tego nie wiem; na pewno patrzył ciemnobrązowymi oczyma spod lekko zmarszczonych czarnych, kształtnych brwi gdzieś…poza mnie; zamyślonym wzrokiem wpatrywał się w przestrzeń nade mną…


To była moja pierwsza poważna obserwacja i mój pierwszy „kosmita” spoza mojego układu; układu mamy Magdy i mieszkańców domu, który był moją planetą. Jego wyraz twarzy i kierunek patrzenia powiedziały mi więcej niż tysiąc słów: może i wyglądał normalnie, a nawet elegancko, a ciałem był w tym mieście i na tej ulicy, ale myślami był zupełnie gdzie indziej…


Chciałem koniecznie się dowiedzieć, gdzie były ukryte jego myśli: w jakim kraju, z jakimi osobami, co robił w myślach; może ponownie kochał się z jakąś piękną kobietą, równie elegancką, jak on sam; może mordował kogoś ponownie w tych rękawiczkach; może układał jakiś ważny kontrakt, albo plan na najbliższe dni, albo… może w ogóle nie myślał o niczym i tak po prostu sobie szedł; ale jeśli takie coś miało miejsce, to również chciałbym o tym wiedzieć.


 


Takich ludzi o określonej posturze zewnętrznej i niezupełnie jasnej posturze wewnętrznej nazywałem kosmitami. Dzięki niemu poczułem się jak astronauta, który po raz pierwszy zobaczył, że dotarł do obszaru kosmosu poza jego własną galaktyką i właśnie dotarł na pierwszą, zupełnie obcą i nieznaną planetę. Od tamtego pierwszego razu chciałem spotkać innych kosmitów i szukałem ich wszędzie.


Z czasem docierało do mnie, że wokół było tyle różnych gwiazd, układów, planet i galaktyk, że w pewnym momencie wydało mi się to wszystko bezkresne. Dopiero kiedy już dobrze poznałem swoje otoczenie, ustaliłem mapę swoich punktów stałych, wśród których królowała biblioteka, zobaczyłem, że to miasto to tylko jedna z galaktyk, a tych galaktyk jest tysiące, a nawet miliony na całym świecie. Chciałem poznać je wszystkie, a przynajmniej ich część.


Zacząłem więc od biblioteki. Tam poznałem swoje pierwsze punkty stałe, które dotyczyły głównie samego miasta i drogi do niego, którymi poruszałem się przez pierwsze lata. W bibliotece, w białej, cichej przestronnej sali, gdzie drewniane zużyte ławki i stoliki były poukładane w rzędy niczym w kościele, a biurko bibliotekarki stało na środku, niczym ołtarz, zachować trzeba było ciszę, także niczym w świątyni.


Tylko książek było znacznie więcej niż w kościele, a tym samym i prawd o wiele więcej. W kościele była tylko ta jedna, jedyna prawda, a w bibliotece…każdy pisarz miał swoją prawdę i spojrzenie na świat. Chodziłem tam między półkami i oglądałem te prawdy; głównie atlasy, przewodniki, magazyny typu National Geographic, mapy, poznawałem historie najważniejszych miast oraz ich znaczenie dla świata.


Moje myśli zajmował jednak nie tylko świat podróży i świata jako takiego, ale między innymi literatura, sztuki i wiersze, w tym wiersze Leśmiana, od którego samozwańczo przejąłem nazwisko. Byłem zafascynowany odwagą, z jaką przedstawiał świat wewnętrzny bohaterów swoich wierszy: czasem wzniosłych uczuć, a czasem głębokiego poczucia nieszczęścia. Wciągnął mnie ten czarowny, tajemny świat inności.


Takiej inności poszukiwałem naokoło siebie. Dlatego też postanowiłem zostać obserwatorem i odkrywać ludzką inność, ludzkie wnętrza ukrywane przed całym światem. Chciałem zanurzyć się w świecie tego miasta i świata i tak jak Leśmian odkrywał w wierszach prawdę o ludzkiej duszy, tak i ja chciałem odkrywać tajne uczucia tego miasta. Chciałem zanurzyć się w jego podświadomości, odkryć wszystkie jego tajne zakamarki, by wiedzieć, że znam to miasto aż do samego środka i wtedy móc ruszyć dalej na odkrywanie nowych galaktyk, nowych układów gwiezdnych i nowych kosmitów, którymi byli dla mnie inni ludzie.


Po swoich pierwszych świadomych obserwacjach odkryłem, że moje miasto było jak chmura: podświetlone z tej lepszej strony, wydawało się nawet ładne; ale jego nieoświetlona, pominięta w przewodnikach i opisach strona wydawała się brudna i nieciekawa jak ścierka; i to właśnie od niej postanowiłem zacząć.


Codziennie późnym wieczorem wymykałem się z pokoju, schodziłem po rynnie i gzymsach, schodziłem nocną porą z drżącym sercem naszą drogą do samego centrum miasta i błądziłem, zazwyczaj samotnie, a czasem też z innymi, nocnymi markami, samotnie pomiędzy starymi kamienicami i nowoczesnymi wystawami. Potem, samodzielnie skonstruowanym wytrychem otwierałem drzwi biblioteki, wyłączałem alarm podpatrzonym wcześniej kodem i…odkrywałem wiekową historię miasta.


Z materiałów historycznych dostępnych w naszej bibliotece, wywnioskowałem, że, to miasto było kiedyś zadbane, bogate, miało swój styl i kulturę. Nie było, tak jak dziś, na bakier ze światem, a współpraca z nim przynosiła mu same korzyści: miało wielką fabrykę, która produkowała wyroby masarskie słynne w całej ówczesnej Europie, w mieście była operetka, do której pracownicy masarni chodzili z całymi rodzinami w niedzielę, a czasem też odbywały się w niej potańcówki w sobotnie letnie wieczory.


Wszędzie w archiwum biblioteki widać dawną twarz miasta: pobladłe od kurzu, pochowane w piwnicach dawne obrazy miasta i jego okolic, pożółkłe zdjęcia dawnych ulic i życia na nich: uprzątnięte chodniki, zadbane kolorowe ogrody i rabatki w pięknych rzędach, domy pomalowane na jednolite kolory, mieszkańcy, w garniturach i długich sukniach.


I wszystko po to, by odkryć lepszą stronę miasta, a zakamuflować zaznaczony w nie czytanych przez nikogo statystykach brud, kurz, bałagan i mole w szafach, stęchliznę i zaduch w niewietrzonych mieszkaniach, karaluchy i szczury wyłażące ze spiżarni i piwnic oraz robaki w źle przechowywanym mięsie.


Podczas zwiedzania samego miasta i włamywania się do jego piwnic i na strychy, moim oczom ukazywały się poniemieckie napisy na ścianach, stare rzeźbienia w drewnianych ramach i na poręczach klatek schodowych, a wszystko to ze śladami dłuta żłobiącego drewno, pędzla wędrującego po płótnie, bądź farby wypełniającej przyłożony kiedyś do ściany szablon.


We wszystkim tym widać było rękę ludzi przykładających się do wyglądu tego, co po nich pozostanie. Były także skrawki gazet z gotyckim krojem pisma, szablony z nazwami zakładów masarskich, malowane farbami aksamitne poszewki na poduszki z pięknymi krajobrazami, przerobione dzisiaj na zimowe ogrzewacze do rur.


Można powiedzieć, że dziś nic się nie zmieniło: miasto nadal ukazuje swoją lepszą twarz i chowa tę gorszą; ale i tak mam wrażenie, że to dwa różne miasta. Dzisiejsze miasto wyraźnie jest zapatrzone w siebie, swoją biedę i swoje problemy, których nawet nie próbuje rozwiązać. Jest biedne, pyskate, zakompleksione, zamknięte w sobie, nie lubi obcych i nie chce docenić ani dbać o własną urodę; a historię traktuje jak coś wstydliwego, co trzeba ukryć i zniszczyć, a nie eksponować jej najcenniejsze skarby.


Jeszcze kilkanaście lat temu moje miasto było ważnym ośrodkiem kulturalnym. Dbano o jego historię i pamiętano o niej. W historycznej sali, w której niegdyś odbywały się operetki, wówczas odbywały się notowane we wszystkich gazetach w kraju festiwale muzyki klasycznej oraz konkursy na najlepsze wykonanie arii operowych. Przyjeżdżały tu ponoć regularnie co roku sławy operowe z całego kraju, a nawet zza granicy.


Dziś po festiwalu i konkursie nie zostało ani śladu. Nowe władze stwierdziły, że ich koszty znacznie przekraczają budżet miasta, a zysk jest z nich niewielki i zlikwidowano obie imprezy. Wraz z nimi jednakże skończył się również prestiż miasta, a główna sala została zamknięta na cztery spusty i odżywa tylko podczas sylwestrowej nocy, kiedy rozbrzmiewa w niej muzyka disco i techno. Mogliśmy zachować swój ślad w historii kraju. Zamiast tego, zrezygnowaliśmy z powodów czysto finansowych.


Obecne miasto ma ciężki i twardy charakter. Królują tu zwykle takie subkultury jak „dresiarze” „hiphopowcy”, „disco-polowcy” oraz tak zwane „głupie blondynki”, które są zakompleksione i poniżane, ale twarde, a ich mężczyźni poniżają je z zazdrości i bezsilności. Jednak to nie oni nadają charakter temu miastu. Tak jak dawniej, największą grupą są ciężko pracujący na utrzymanie siebie i całych rodzin, uczciwi ludzie, którzy nie szukają niczego innego poza normalnym życiem i spokojem oraz spokojnej pracy.


 


Chodzą codziennie do pracy na szóstą rano, wracają zmęczeni po ośmiu lub dwunastu godzinach, wkurzają się, kiedy nie ma gotowego obiadu, biją dzieci, kiedy te sobie na to zasłużą, oglądają seriale i mecze, urządzają domówki i popijawy, kiedy jest wolna sobota, a nazajutrz idą do kościoła na osiemnastą; ot i całe życie.


Jednym zdaniem, z niemieckiej, szarej, kamiennej, ale wysublimowanej i misternie wyrzeźbionej mozaiki zrobiła się polska, jednolita, prymitywna, szara, betonowa płyta. I nie bardzo mi się to podobało. Prawdę mówiąc, w ogóle mi się to nie podobało. Dlatego pewnego dnia, kiedy już osiągnąłem dorosłość, włożyłem kurtkę buty i plecak i ruszyłem dalej w kosmos, odkrywać nowe galaktyki, licząc na to, że być może w jednej z nich spodobałoby mi się na tyle, by tam zostać już na zawsze.


Pora opowiedzieć o punktach zaczepień mojej pierwszej galaktyki. Pierwszą i zarazem najjaśniejszą w niej gwiazdą, była mama Magda. Jak już wspomniałem, była moją opiekunką, a zarazem królową naszej planety, czyli naszego szarego, odrapanego domu. Nie była moją mamą, ale mnie tak traktowała. Czasem mnie długo tuliła, kołysała i śpiewała mi piosenki, a czasem dostawałem od niej zasłużone baty i kary za przewinienia.


Wszystko mi cierpliwie tłumaczyła i wyjaśniała mi wiele spraw. Czasem też na mnie krzyczała, częściej była miła i wyrozumiała, ale zawsze była ze mną szczera i uczciwa wobec mnie. I ja nauczyłem się postępować tak samo z innymi. To dzięki mamie Magdzie nie umiem kłamać.


To ona pierwsza wyjaśniła mi, że nigdy nie należy ukrywać ani wstydzić się swoich uczuć. Mówiła: „Uczuć wstydzi się tylko ten, kto chce wyjść na dupka; a prawdziwy człowiek zawsze ma jakieś uczucia i nigdy ich nie kryje”. To dzięki niej przeżyłem po drodze tyle fantastycznych przygód; poznałem prawdziwe wnętrza ludzi; zbliżyłem się do nich i zmieniłem ich pogląd, jeśli nie na świat, to przynajmniej na mnie, lub na siebie samych.


Tyle komedii, tragedii, dramatów, wzruszeń, tęsknot, radości i grozy, dreszczy, gorzkich porażek i bolesnych klęsk, ale i słodkich, niezapomnianych chwil, dreszczy na karku, doznań lubieżnej przyjemności oraz aktów odwagi i bezwstydu zawdzięczam właśnie jej i jej naukom. Nie zapomnę jej; przenigdy. Zawsze będzie towarzyszyć mojemu sercu i moim wspomnieniom.


 


Drugą taką gwiazdą w mojej pierwszej galaktyce była kucharka – pani Cecylia. Jej planetą była kuchnia. Miała biały fartuch i kucharski czepek i wiecznie pachniała pieczonym mięsem oraz smażonym tłuszczem. Od małego brzdąca brała mnie do kuchni i pozwalała smakować i dotykać potraw albo mieszać łyżką bądź chochlą w wielkim garncu. Godzinami przebywałem w kuchni, mogąc obserwować do woli, jak gotuje, kroi, bądź miesza, mogłem czuć różne potrawy w rękach, w nozdrzach i na języku, ucząc się, jaką powinno coś mieć konsystencję, jak powinno smakować, jak to należy ugotować, usmażyć bądź upiec, jak i czym to doprawić, by wszystkich zadowolić.


W jej kuchni mogłem gnieść ciasto w rękach jak plastelinę; ściskać grudy mąki i kakao i mieszać je dowolnie ze sobą; próbować wszystkiego, co mi wpadło w ręce, oczywiście pod uważnym nadzorem pani Cecylii; patrzeć, jak rozpuszcza się masło na patelni, czuć jego apetyczny, śmietankowy, pobudzający kubki smakowe zapach; czuć na rękach i na twarzy wulkaniczne ciepło rozgrzanego w piecu drewna; obserwować jak bulgoce zupa w garnku i boleśnie sparzyć się pękającymi na patelni bąbelkami tłuszczu.


Od początku dawała mi w małym garnuszku trochę potrawy, którą akurat gotowała, a ja mogłem sobie z nią robić, co mi się żywnie podobało. Mogłem ją dosalać, dopieprzać, próbować ją z papryką, z imbirem, z kakao, z tymiankiem, z majerankiem, rozmarynem, chilli i tysiącem innych przypraw.


Z czasem zrobił się ze mnie taki naukowiec, że codziennie przed obiadem wchodziłem do kuchni, dostawałem swoją porcję zupy, bądź innego dania, wyciągałem swój zestaw dziesięciu słoiczków, których umieszczałem maleńkie porcyjki potrawy bądź dania, dosypywałem różnych przypraw do każdej z nich i sprawdzałem, z czym smakuje najlepiej. W większości przypadków odnosiłem porażkę, ale były też takie chwile, kiedy udało mi się udoskonalić ten, czy ów przepis i wszystkie kucharki od tej pory dodawały do potrawy odkrytej przeze mnie przyprawy.


Doszło nawet do tego, że podczas tej zabawy zacząłem się uczyć gotowania na poważnie, razem z innymi dziewczynami, przychodzącymi tu ze szkoły gastronomicznej na praktyki. Z początku koledzy i inne kucharki śmiali się ze mnie i dziwnie na mnie patrzyli. Nie mogli zrozumieć, co chłopaka w moim wieku ciągnie do kuchni, ale wieczny uśmiech na okrągłej twarzy i ciągłe powtarzanie: „Nimi się nie przejmuj, to ty będziesz umiał gotować, a nie oni”, dodawały mi odwagi i dalej zagłębiałem się w tajniki dobrej kuchni.


Był też pan Zbyszek – myśliwy. Pan Zbyszek przybywał do nas z zielonej galaktyki swojego lasu i często przynosił nam stamtąd mięso do kuchni. Był cichy i mrukliwy i mówił tylko wtedy, kiedy musiał. Polubiłem go, bo nie musiałem się go nigdy bać, jak moich starszych kolegów. Kiedyś poprosiłem go, by zabrał mnie ze sobą do swojego lasu na polowanie i za zgodą kierowniczki zrobił to. Przysiągł kierowniczce, że nie pozwoli mi zginąć i słowa dotrzymał.


Chodziłem z nim na polowania co tydzień. Nauczyłem się nie tylko celnie strzelać, ale i skórować upolowaną zwierzynę, dzielić mięso na części, wędzić, sprawiać skóry i rozpoznawać poszczególne gatunki drewna oraz wszystkiego, co nadaje się i nie nadaje do zjedzenia, a także wiedziałem, co zrobić by się do jedzenia nadawało.


To on nauczył mnie posługiwać się nie tylko bronią i zabijać, ale i obserwować. To z nim uczyłem się obserwować w pełnym kamuflażu, z ukrycia i kompletnej ciszy; długo, nieruchomo i cierpliwie czekać na swoją okazję. Chodząc po lesie, uczyłem się milczeć, patrzeć i słuchać. Nauczyłem się dostrzegać szczegóły, dzięki którym później stworzyłem swoją mapę lasu, dzięki której potrafiłem znaleźć się w lesie, nawet kiedy spadł gęsty śnieg.


1Bolesław Leśmian, Zwiedzam wszechświat Świat Książki 2006 s. 271


A Moment 2017-10-10


Water 2017-10-10



I'm 2017-10-10

I’m


Lucius Malfoy, destroyed by his own father,


Orpheus torn apart by maenads,


Ophelia driven crazy by her father and her lover,


Severus Snape laughed at by his colleagues,


Edgar Poe condemned by society,


Rachel always worse than Barbie in anything.


I’m a zero, nothing, nada, a worthless parasite


in this world. 


A Tree 2017-10-10

I want to be a tree!


I want to stick my roots deep into the soil of tradition and family! 


I want to become a refuge


for all the free birds that need nesting in a safe, friendly place! 


I want the tired wanderers to rest peacefully


in the shade of my tree crown! 


I want the bees to take my pollen


for the sweet, golden honey! 


I want to live with the sun, silence, tranquility and the wind!


You! 2017-10-10

“I need a sleeping pill! I need a killing pill!”


I screamed,


until I saw you.


And I felt my mind changed;


I felt the blood in my veins bursting with life!


I never saw you again,


But at that moment…


You’ve saved my life. 


Dove 2017-10-10

Lie there


my sweet little dove,


unnoticed, omitted


crushed


by the heavy and cruel fist


of the urban life.


They just couldn’t tolerate


your silent presence


in their private zone,


and your white, soft, peachy feathers


and that low coo.


I feel that my tendency


to watch the world silently


from within my inner cage


and to mumble the secret invocations


is about to be suppressed too. 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]